Feeds:
Posty
Komentarze

Larum grają!

      11951331_1791371034423214_2297317687249859864_nWolę nazywać się samorządowcem, niż politykiem. Jednak po spędzeniu kilku kadencji w łódzkiej Radzie Miejskiej trudno powiedzieć żebym polityką się nie zajmował. Ponad rok temu wziąłem jednak od niej urlop. Mówiąc urlop, myślałem nawet, że może to będzie polityczna wcześniejsza emerytura.

 Czy to kwestia temperamentu, a może swego rodzaju uzależnienie, ale czuję, że to nie jest właściwy czas na odpoczywanie. Nie wolno patrzeć obojętnie na to jak niszczone są fundamenty polskiego systemu prawnego. Nasza, z takim wysiłkiem wywalczona demokracja, jest młoda, słaba i ma bardzo kruche podstawy. Wydaje się, że mamy ją na zawsze, ale nic bardziej mylnego.

        W niespełna tydzień zniszczone zostały media publiczne, już pojawiają się propozycje nałożenia kagańca mediom prywatnym. Podejmowane są działania zmierzające do ograniczenia niezależności sądów powszechnych i prokuratur, czy zmarginalizowania instytucji Rzecznika Praw Obywatelskich. Niszczony jest Trybunał Konstytucyjny. Bez mrugnięcia okiem łamana jest konstytucja. Nawet prezydentowi nie zadrży przy tym ręka. Pod propagandowym i fałszywym hasłem „dobrej zmiany” nie tylko powtarzane są wszystkie błędy poprzedniej ekipy rządzącej, ale jeszcze po wielokroć potęgowane. Szybką ścieżką zmierzamy w kierunku niedemokratycznego, autorytarnego państwa, w którym każdy kto ośmieli się myśleć inaczej zostanie publicznie napiętnowany, znajdzie się na niego haka, obrzuci błotem.

       To nie jest czas na urlop, ani na emeryturę. Nie wolno milczeć! Nie wolno bezczynnie się temu przyglądać! Każdy może coś zrobić. Nawet drobne gesty są ważne!

        Dlatego znów sięgam po zawieszone na kołku bokserskie rękawice. Naciągam grubą skórę i mocny pancerz. Larum grają! Łatwo pewnie nie będzie. Kiedyś rzucali tylko pomidorami. Teraz hejt wylewa się wszędzie. Nie ma co się na to oglądać. Trzeba robić swoje. Zwłaszcza, że mówią, że jestem potrzebny. W grupie raźniej, razem możemy pokazać siłę. Odezwijcie się. Czas znowu się zebrać.

fotourna

Zaczęło się już końcowe odliczanie do wyborów. Politycy PiS powoli przymierzają się do rządowych gabinetów starannie tłumiąc wszelkie przejawy przedwczesnego triumfalizmu, by nie wystraszać z takim trudem pozyskanych umiarkowanych wyborców. Aktywiści Razem poderwani niespodziewanym sukcesem swojego nieznanego szerzej lidera, próbują rzutem na taśmę dołączyć do finiszującej stawki lepiej zorganizowanych konkurentów. Kandydaci ze średnich ugrupowań nerwowo zerkają na ostatnie sondaże, mając nadzieję, że wyborczy próg nie okaże się gilotyną dla ich partii. Platforma coraz bardziej zadziwia dość rozpaczliwie starając się ratować przed nieuchronnie nadchodząca katastrofą.

Straszenie PiS-em już nie działa, o czym najboleśniej przekonał się prezydent Komorowski, a apelowanie by nie głosować na mniejsze partie premierowi nie tylko nie przystoi, ale wręcz go dyskredytuje. Ewa Kopacz kierując się partykularnym interesem własnej partii podważa fundament naszej demokracji – prawo obywateli do swobodnego wyboru. Chce zastąpić system wielopartyjny, dwupartyjnym.

To niezwykle szkodliwa propozycja. Z różnicy poglądów ucierają się najlepsze rozwiązania. Trzeba tylko umieć rozmawiać, czego niestety wielu polskich polityków nie potrafi. Parlament jest najlepszym miejscem na taką dyskusję. Lepiej jeśli różne środowiska się w nim znajdą. Każde proporcjonalnie do swojego poparcia. W przeciwnym wypadku będziemy coraz bardziej tracić zaufanie do państwa, a dyskusja będzie przenosić się na ulice. Nie takiej Polski chcemy.

Premier mija się także z prawdą. Gdyby jej wołanie zepchnęło pod wyborczy próg którąkolwiek z partii, największą korzyść odniosłoby właśnie Prawo i Sprawiedliwość zgarniając co najmniej połowę, a najprawdopodobniej dużo więcej z mandatów, które mogą przypaść średniakom. W interesie wyborców krytycznie spoglądających na partię Jarosława Kaczyńskiego jest, by wszystkie mniejsze komitety zdobyły miejsca w Sejmie.

Głos mam tylko jeden. Już zdecydowałem na kogo go oddam. Ale kibicować będę także niektórym konkurencyjnym do wspieranego przeze mnie ugrupowania. A moja rada jest wspólna dla wszystkich. Głosujcie tak jak wam serce podpowiada i wybierajcie zgodnie ze swoimi przekonaniami.

Starcie ośmiu komitetów była dużo ciekawsze od nudnej debaty Szydło – Kopacz. Z przedstawicieli poszczególnych partii udało się wyciągnąć trochę konkretów i zobaczyć pomiędzy nimi wyraźne różnice. Trudno jest obiektywnie ocenić kto wyszedł telewizyjnego studia z tarczą, a kto na tarczy. Każda pliszka swój ogonek chwali, więc każdy ze sztabów ogłosi swoje zwycięstwo, skrytykuje bezpośrednich konkurentów, a ewentualnie pochwali tylko tych co mu nie zagrażają. Komentatorzy też mają swoje sympatie.

Dla mnie, i nie jestem chyba w swoim osadzie odosobniony, niekwestionowanym zwycięzcą jest Adrian Zandberg z Razem. Był konkretny i wiarygodny. Choć jego socjalistyczne poglądy pewnie doprowadziłyby gospodarkę do ruiny, to zaprezentował się jak prawdziwy lider, który wierzy w to co mówi. Zupełne przeciwieństwo jego partyjnej koleżanki, która dzień wcześniej w debacie organizowanej w programie Tomasza Lisa wypadła najgorzej ze wszystkich. Jest już jednak chyba za późno żeby błyskotliwy występ Zandberga pozwolił Razem na wprowadzenie swojej reprezentacji do Sejmu. Nie da się w jeden dzień zwiększyć poparcia z 1 do 5%. Ale może pozwolić zdobyć 3%, a tyle wynosi próg, który zapewnia partiom finansowanie z budżetu państwa. foto

Najsłabiej wypadł Kukiz. Kłótnie z dziennikarzami, narzekanie i brak konkretów. Zdumiewające jak ktoś, kto uzyskał 20% w wyborach prezydenckich tak łatwo potrafi roztrwaniać swój kapitał. Kukiz jeszcze kilka dni temu ogłaszał, ze po wyborach poprze rząd Prawa i Sprawiedliwości, teraz co chwila przytakiwał Korwinowi-Mikke powtarzając w kółko „Pan Janusz ma rację”. To tak jakby zachęcał swoich potencjalnych wyborców żeby przerzucili swój głos na PiS albo Korwina.

Blado wypadła tez pani premier. Nie mogła nie wziąć udziału w tej debacie, choć z pewnością była ona jej nie na rękę. Zyskać mogła tylko wtedy gdyby odbierające Platformie mniejsze partie wypadły słabo, a te akurat radziły sobie całkiem dobrze. Każdy gest ciała Ewy Kopacz mówił: „Co ja tutaj właściwie robię”. Nic dziwnego, cała debata była zaprzeczeniem głównego przekazu Platformy, próbującego zasugerować, ze jest ona jedyną alternatywą dla PiS. Za to Beata Szydło kopiując strategię z poniedziałkowej debaty swój cel osiągnęła. W dwóch meczach nie stracić żadnej bramki – takie zadanie zapewne zostało jej wyznaczone. Unikając wchodzenia w spór i budzące emocje tematy obroniła pozycję lidera. Czy to się podoba czy nie nic już wyborczej wygranej PiS-owi odebrać nie pozwoli. Pytanie tylko jak wysokie to zwycięstwo będzie.

Mniejsze ugrupowania starały się wykorzystać swoja ostatnia szansę na pozyskanie niezdecydowanych wyborców. I każdej z nich innym sposobem to się udało. Barbara Nowacka uwodziła swoim spokojem i niezwykłym osobistym urokiem. To budzi sympatię, choć nie jestem pewien czy w polityce jest wystarczające. Ryszard Petru konkretami i profesjonalnością. Janusz Korwin-Mikke swoim tradycyjnym kontrowersyjnym stylem, których jednych oburza, a innych bawi. Janusz Piechociński próbując pokazać, ze jest bardziej merytoryczną niż polityczną częścią rządu.

Głosowanie już w niedzielę. W odróżnieniu od poprzedniego, tym razem wybór naprawdę jest spory. Nie jesteśmy już skazani na wybór tylko miedzy dwoma partiami. Nie musimy wybierać mniejszego zła. Można zagłosować za, a nie przeciw. Każdy ma możliwość znalezienia oferty, która będzie mu odpowiadać. To wielka przewaga systemu wielopartyjnego nad dwupartyjnym. Warto to wykorzystać.

Nieciekawa debata tylko utwierdziła mnie w przekonaniu, że w tych wyborach nie powinno się wybierać pomiędzy PO i PiS.

Właściwie nie musiałem jej oglądać. Od dłuższego czasu wiem na kogo oddam głos w najbliższą niedzielę. Mam w tej sprawie wyrobione zdanie i już go nie zmienię. Uznałem jednak, ze warto poświęcić wieczór, żeby zobaczyć co mają nam do przekazania liderzy, a raczej liderki wyborczego wyścigu. Poza tym, mimo wszystko polityka wciąż mnie interesuje.

Niestety zamiast mocno reklamowanej rozmowy o Polsce obejrzeliśmy raczej kiepski sportowy pojedynek. W sporcie też tak bywa, że rywalizacja liderów tabeli na którą z niecierpliwieniem czekają kibice, okazuje się nudnym i pozbawionym emocji spektaklem. Zwłaszcza gdy obie drużyny grają na remis, a w meczu nie pada żadna bramka.

obrazek.627x0

PiS i Beata Szydło mogą być odrobinę bardziej zadowoleni. Zdecydowanie prowadząc w sondażach mogli na tej debacie sporo stracić. Gra na remis była więc całkiem zrozumiałą strategią. Platforma wręcz przeciwnie – dla odwrócenia kampanijnego trendu potrzebowała zdecydowanego zwycięstwa. Ewa Kopacz jednak albo nie potrafiła przeprowadzić decydującego ataku albo po prostu bała się zaryzykować i narazić na bolesną kontrę.

Fatalny był tez sam pomysł na debatę. Bierni dziennikarze ograniczający się do powtarzania pytań i mało miejsca na bezpośrednie starcie. Spece od marketingu chyba trochę tym razem przechytrzyli. Koncentrując się na tym żeby ułożyć debatę tak, aby przede wszystkim jej nie przegrać zapomnieli, że kibice przychodzą na mecz oczekują finezyjnych akcji i pięknych goli.

Wszyscy widzieli co z tego wyszło. Kiepska rozmowa z której nie mogą być zadowoleni ani jej uczestnicy, ani widzowie. Cóż gdzie dwóch się bije tam trzeci korzysta. A może skorzysta czwarty, piaty i szósty. Remis liderów stwarza ogromna szansę mniejszym komitetom.

Dziś kolejna debata. Tym razem w szerszym gronie. Pozostali liderzy będą mieli okazję udowodnić, że wybór nie musi ograniczać się do Platformy i PiS-u. Będę za nich wszystkich trzymał kciuki.

No i po referendum. Podomoneybnie jak 92% obywateli nie wziąłem w nim udziału. W zasadzie nie muszę pisać już nic więcej na ten temat. Wystarczy, że powtórzę to co napisałem kilka dni przed głosowaniem.

Normalne referendum to święto demokracji. Psudoreferendum, które mieliśmy to psucie demokracji i cyniczne wykorzystywanie instytucji państwa, a także naszych podatków dla partyjnej propagandy.

Prawdziwym celem referendum nie było uzyskanie odpowiedzi w ważnych dla narodu sprawach tylko ratowanie partii przed porażką w wyborach prezydenckich.

Bronisław Komorowski wybory jednak przegrał i referendum przestało kogokolwiek interesować. Szkoda, ze prezydent Duda głosowania nie odwołał, ale prawdę mówiąc chyba po prostu nie mógł tego zrobić. Wtedy wszyscy twierdziliby, że frekwencja z pewnością przekroczyłaby 50%, a on sam demokrację niszczy.

Miniona niedziela kosztowała nas lekko licząc 100 milionów złotych. Kosztowała też utratę zaufania do państwa i demokratycznych procedur. Może warto, żeby osoby które za to odpowiadają postarałyby się obywatelom te koszty zwrócić. To nawet nie jest takie trudne. Platforma Obywatelska, która podjęła polityczną decyzję o zorganizowaniu tego pseudoreferendum korzysta z wielomilionowych dotacji z budżetu państwa. Co więcej pobiera pieniądze z obrzydzeniem, bo przecież podobno od zawsze jest temu zdecydowanie przeciwna. Wystarczy więc, że zrzeknie się dotacji za najbliższe lata. Pieniądze zostaną w budżecie i zrekompensują poniesiona stratę.

To nie jest złośliwość, ani niepoważna propozycja. Wręcz przeciwnie. To szczera rada i głos dawnego wyborcy Platformy, rozczarowanego postawą jej liderów. Jeśli Platforma tego nie zrobi jej wyborcy mogą wówczas wystawić słony rachunek i podobnie jak ja pozostać już tylko jej byłymi wyborcami.

fotourna

Nie pójdę na referendum. Niektórzy zapewne powiedzą, ze to nieobywatelskie zachowanie. W rzeczywistości to taki mój cichy, prywatny protest przeciwko psuciu demokracji i cynicznemu wykorzystywaniu instytucji państwa do partyjnej propagandy. Nie zamierzam w tym brać udziału.

 

Sposób zarządzenia referendum w dość dramatyczny pokazuje z jaka łatwością politycy potrafią marnować publiczne pieniądze i czym się kierują w swojej działalności. Nikt nie myślał o interesie państwa, o rozwiązaniu ważnego problemu, ani o uzyskaniu odpowiedzi na istotne pytania. Nikt nie myślał o kosztach, nie tylko finansowych, ale także tych społecznych. Liczyło się tylko ratowanie spadających notowań walczącego o reelekcję byłego już prezydenta.

Wymyślane w pośpiechu, pisane nocą na kolanie pytania. Brak jakichkolwiek konsultacji. I jeszcze na dodatek Senat. Z założenia izba refleksji i rozwagi. Wentyl bezpieczeństwa, który powinien zatrzymać niemądrą decyzję. Ale oczywiście dyscyplina partyjna działa. Przecież głosowanie przeciwko propozycji własnego prezydenta mogłoby zaszkodzić partii. A zdrowy rozsadek i interes publiczny? Kogo to obchodzi. Lepiej nie ryzykować utraty miejsca na liście w kolejnych wyborach.

Życie nie zawsze toczy się jednak zgodnie z koncepcją specjalistów od propagandy. Dla Bronisława Komorowskiego referendum zamiast ostatnią deską ratunku stało się gwoździem do trumny. Albo raczej brzytwą, której chwycenie nic nie pomogło. My za to zostaliśmy z ogromnym bałaganem, który sprzątać będziemy jeszcze bardzo długo.

Sto milionów poszło w błoto, mamy głosowanie, które mało kogo interesuje i z pewnością będzie nieważne. Sama instytucja referendum została zdeprecjonowana i zamiast świętem demokracji staje się narzędziem do walki politycznej.

Na referendum nie idę. Pójdę za to na wybory. Wtedy przynajmniej będę mógł się wypowiedzieć co myślę o dzisiejszej klasie politycznej.

 

     nowoczlogo

Zmęczenie i rozczarowanie poziomem obecnej klasy politycznej jest już powszechne Sam kończąc kadencję radnego i odmawiając propozycji startu w wyborach samorządowych myślałem, że wybieram się na bardzo długi urlop od polityki, a może nawet, że zostawiam ten etap życia już na stałe za sobą.

Ani trochę nie brakowało mi sali obrad Rady Miejskiej, sejmowych sporów, czy telewizyjnych debat. Nawet zaczynałem przyzwyczajać się do myśli, że po raz pierwszy nie pójdę na wybory. Na horyzoncie nie było widać żadnej sensownej alternatywy dla rządzącej ekipy, a ja już wiedziałem, że nie dam się ponownie namówić na wybieranie mniejszego zła.

Niby dlaczego miałbym kolejny raz głosować na bezideową partię, która w żaden sposób mnie nie reprezentuje, a na dodatek obrabowała nas wszystkich z emerytalnych oszczędności. Straszenie wizją czwartej, czy piątej RP też przestało już na mnie działać. Zresztą twarze Giertycha, Niesiołowskiego czy Kamińskiego odstraszają mnie równie mocno.

Coraz więcej osób nie ma na kogo głosować. Coraz więcej osób chce zmiany. Ja też cały czas mam nadzieję, że polityka może wyglądać inaczej. Że słowa program, wiarygodność, przyzwoitość i poglądy mają jeszcze jakieś znaczenie. I że nie musimy być skazani na wybór pomiędzy Pisem i antypisem.

Na szczęście życie nie znosi próżni i powstają nowe projekty. Jednym z nich jest Nowoczesna. Projekt Ryszarda Petru jest trudny i ambitny, a w starciu z partiami dysponującymi milionami złotych publicznych dotacji ma nierówne szanse. W polityce ludzie, którzy mówią trudną prawdę i zamiast łatwych obietnic i rozdawnictwa proponują, jak Churchill, „krew, pot i łzy” mają mocno pod górkę. Warto im pomóc. Warto wpuścić do parlamentu trochę ożywczego, świeżego powietrza. Czy to się uda. Nie wiem, ale jeśli każdy z nas przekona choć kilka osób, to udać się może.

Mam też swój bardzo prywatny powód, który nie pozwala stać mi obojętnie. Sam wiele razy startowałem w wyborach. Wiele osób wspierało mnie wtedy, zupełnie bezinteresownie pracując na mój wyborczy sukces. Mam wobec nich swoisty dług wdzięczności. Czas ten dług spłacić i popracować na sukces innych. Z przyjemnością poprę kandydatów Nowoczesnej i to tym chętniej, że w Łodzi listę otwiera Katarzyna Lubnauer, którą cenię i znam od lat.

Choć do wyborów zostały jeszcze ponad dwa miesiące, to już wiem, że jednak wybiorę się na głosowanie. To fajne uczucie mieć na kogo głosować. Głosować za, a nie przeciw. I nie marnować głosu na wybieranie mniejszego zła, tylko mieć satysfakcję z dokonania wyboru zgodnego ze swoim przekonaniem.

%d blogerów lubi to: