Feeds:
Wpisy
Komentarze

Archive for Luty 2012

Sala obrad Rady Miejskiej coraz częściej zaczyna przypominać stadion. Na trybunach mnóstwo transparentów, a licznie zgromadzeni widzowie, nie oszczędzając gardeł zagrzewają radnych do boju. Nie milkną trąbki i wuwuzele. Każdej źle widzianej wypowiedzi towarzyszą głośne okrzyki, a najprostsze zagranie pod publiczkę spotyka się z aplauzem. Czasami padną jakieś groźby, czasem wyzwiska, a czasem ktoś rzuci jakieś śmieszne hasło i robi się wesoło. Czasem z balkonu poleci jajko albo inny przedmiot i już przestaje być zabawnie. Dla radnego komfortowe warunki do pracy to raczej nie są, ale też niespecjalnie mi to przeszkadza w wypracowaniu opinii w nawet najbardziej kontrowersyjnych sprawach. Sporo czasu spędziłem na piłkarskim boisku w charakterze sędziego. To nauczyło mnie całkiem dużej odporności. Presja jaką na radnych wywierają protestujący jest błahostką w porównaniu z presją jaką na sędziach wywierają rozjuszeni kibole. Taka praca. Trzeba umieć sobie z tym radzić i robić swoje kierując się rozumem, a nie emocjami. Krzyki i groźby nie robią na mnie wielkiego wrażenia. To, że ktoś krzyczy nie znaczy ze ma rację, ale także nie oznacza, że nie może jej mieć. Dlatego warto rozmawiać i ważyć argumenty. Rada miała pełne prawo, a nawet obowiązek odłożyć głosowanie w sprawie prywatyzacji ZWiK. Głosowanie przed zapoznaniem się ze sporządzonymi analizami byłoby brakiem rzetelności w wykonywaniu obowiązków. Takie zachowanie jest dla mnie jak najbardziej logiczne. Cóż widać, ze niektórzy kierują się innym tokiem rozumowania.

Reklamy

Read Full Post »

Trudno nadążyć za naszą samorządową władzą. Ostatnio wiceprezydent odpowiedzialny za nadzór nad miejskimi spółkami zapowiedział ich masową prywatyzację. To oczywiście budzi emocje, więc nic dziwnego, ze bardzo szybko z różnych stron odezwały się głosy protestu. Najgłośniejszy ten z Zakładu Wodociągów i Kanalizacji, którego pracownicy zdołali zebrać podpisy poparcia kilkudziesięciu tysięcy Łodzian. Jednak zanim sprawą zdążyła się zająć Rada Miejska i zanim podjęto jakiekolwiek wiążące decyzje, ten sam wiceprezydent wystąpił z projektem uchwały upoważniającym go do jednoosobowego podejmowania decyzji o podnoszeniu kapitału i obejmowaniu przez miasto akcji i udziałów w spółkach. Nawet opozycja zajęta zbijaniem kapitału politycznego na naturalnym lęku mieszkańców przed podwyżkami i pracowników przed utratą pracy nie zauważyła, że istotą projektu uchwały w sprawie zasad wnoszenia i zbywania przez miasto akcji, nie jest zwiększenie uprawnień Prezydenta w zakresie prywatyzacji (bo ta i tak wymagać będzie jak dotychczas zgody Rady Miejskiej), lecz nadanie mu uprawnienia do praktycznie nieskrępowanego i nieograniczonego angażowania się w spółki. Może jakaś spółka sportowa zalega z opłatą za wynajem stadionu? Zamieniamy zadłużenie na akcje, przecież trzeba pomóc. A może inny podmiot ma wobec miasta dwa miliony długu, bo nie płaci podatku od nieruchomości. Sytuacje uratuje konwersja wierzytelności. Wprawdzie obowiązuje 500-tysięczny limit, ale to nic nie szkodzi, wystarczy podnieść kapitał czterokrotnie w krótkich odstępach. Brzmi jak ironia, ale tak wyglądałaby rzeczywistość jeśli uchwała weszłaby w życie. To jak to w końcu jest – mamy wychodzić ze spółek czy się w nie angażować? Prywatne złe, a publiczne dobre, czy może odwrotnie? Sprzedać ZWiK czy nie sprzedawać? Wbrew pozorom odpowiedzi na te pytania wcale nie są takie proste i jednoznaczne. Fakt, że prywatne jest zwykle lepiej zarządzane i nie podlega aż takim politycznym naciskom. A przynajmniej jeśli ktoś tam źle zarządza, albo coś zdefrauduje, to nie nasz problem. Bo przecież strata też prywatna, a nie publiczna, czyli nasza wspólna. I faktem jest też, że jak jakakolwiek władza bierze się za biznes, to nic dobrego z tego zwykle nie wynika. Urzędnicy generalnie znają się na przepisach, a nie na biznesie, bo jak znaliby się na biznesie to byliby biznesmenami, a nie urzędnikami. To jednak jeszcze nie oznacza, ze czasem nie trzeba za taką działalność się zabrać. Bo nie wszystko da się sprywatyzować. Nie wszystko też na siebie zarobi. A niekiedy wręcz warto zachować kontrolę nad jakimś strategicznym obszarem. Tak więc, państwo czy miasta powinny zajmować się działalnością gospodarczą tylko tam gdzie to niezbędnie konieczne i hamować swoje zapędy tak jak tylko to możliwe. Tylko gdzie ta granica niezbędnej konieczności? Nie da się jej tak łatwo wyznaczyć. Bo przecież na świecie i to w bardzo cywilizowanych krajach funkcjonują różne modele. Prywatne bywają szkoły, szpitale, teatry. Komunikacja i wodociągi też. I wiele innych podmiotów do których jesteśmy przyzwyczajeni, że są publiczne. To nie znaczy, ze koniecznie u nas musi być tak samo i że wszystko trzeba natychmiast prywatyzować. Ale nie trzeba też tego słowa tak okropnie się bać. Nie trzeba też straszyć ludzi. Ani podsycając ich lęki, ani zaskakując ich pochopnymi i nieprzygotowanymi decyzjami.

Read Full Post »

%d blogerów lubi to: